Amerykańskie koncerny filmowe z jakiegoś powodu uważają, że tzw. camming - czyli nagrywanie filmów w kinach kamerami wideo - jest jednym z największych zagrożeń dla tej branży. Dlatego też Hollywood nie żałuje pieniędzy na nowe technologie, pomagające w jego zwalczaniu. Właśnie pojawiła się kolejna - dźwiękowy znak wodny...
Do tej pory do walki z kinowymi kamerzystami wykorzystywano m.in. patrole ochroniarzy z latarkami,
noktowizory oraz wizualne znaki wodne (dzięki którym można było ustalić, w którym kinie została nagrana dana piracka kopia). Ale to najwyraźniej za mało - dlatego teraz pojawiło się coś nowego, czyli
dźwiękowy znak wodny.
Brzmi to głupio, ale
pomysł jest całkiem ciekawy - aczkolwiek od razu trzeba zastrzec, że zadaniem tej technologii nie jest zablokowanie możliwości nagrania filmu, lecz późniejsze zidentyfikowanie "kamerzysty". Działa to tak: do ścieżki dźwiękowej filmu dodawane są specjalne sygnały kontrolne, dzięki którym podczas odsłuchiwania pirackiej kopii filmu za pomocą specjalnego algorytmu można nie tylko zidentyfikować kino, w którym go nagrano, ale także z dużą dokładnością...
wskazać, w którym miejscu siedział pirat.
Wszystko fajnie, ale widzimy tu pewien problem. Jeśli sobie dobrze przypominamy, to podczas kupowania biletu raczej
nie trzeba podawać imienia i nazwiska (chyba, że rezerwujemy miejsce wcześniej). Więc nawet jeśli po
pojawieniu się w Internecie filmu nagranego kamerą ktoś zdoła skorzystać z owego znaku wodnego, to dowie się co najwyżej, że zarejestrowała go osoba, która na seansie miesiąc temu siedziała na miejscu 12 w rzędzie 15... To nieszczególnie przydatna informacja, nieprawdaż?
Bookmarks