F22X
25-04-08, 07:27
http://bi.gazeta.pl/im/7/4715/z4715357Z.jpg (http://www.gazetawyborcza.pl/51,75475,5145973.html?i=0)
http://www.gazetawyborcza.pl/i/37/lup2.gif (http://www.gazetawyborcza.pl/51,75475,5145973.html?i=0) fot. Mateusz Skalski
Nie wiem, czy to coś mówi o tajnikach naszej narodowej mentalności, ale faktem jest, że nie wychodzą nam filmy grozy. Świeży przykład - "Pora mroku" Grzegorza Kuczeriszki. Straszyć może jedynie nieudolnością autorów
Na różnych przeglądach najgorszych polskich filmów do dziś królują horrory Marka Piestraka - "Wilczyca" i "Powrót wilczycy" - a z nowszych czasów przezabawny knot Jarosława Żamojdy "Rh+". Do tego niechlubnego grona dołącza teraz "Pora mroku".
Tak bardzo marzy mi się dobry polski horror (a nie trzeba do tego dużych pieniędzy, dowodem sukcesy filmów takich jak "Blair Witch Project"), że chciałbym naszym filmowcom przypomnieć warsztatowy elementarz gatunku. Są to sprawy oczywiste dla każdego, kto lubi horrory, ale jednak najwyraźniej obce wszystkim, którzy dotąd w Polsce próbowali je kręcić.
Po pierwsze i najważniejsze, w horrorze kluczowym elementem jest zawieszenie niewiary: żeby się przestraszyć, widz musi uwierzyć w nadprzyrodzone zjawiska budzące grozę. Polscy filmowcy zakładają, że jeśli widz uwierzył w duchy, to uwierzy już we wszystko - a jest akurat odwrotnie.
W filmach Wesa Cravena czy Eli Rotha wszystko jest logicznie zaplanowane jak w kryminałach Agathy Christie. Dlaczego? Bo właśnie skoro dźwigar do zawieszania niewiary już jest obciążony głównym pomysłem filmu, nie wolno na nim wieszać już niczego więcej - dźwigar wtedy pęknie i strach zostanie zastapiony przez śmiech.
Wyjściowym pomysłem Kuczeriszki jest działalność szalonych nazistowskich naukowców - karykaturalnie odrażających Niemców, którzy jakimś cudem przetrwali wojnę w szpitalu pod Wrocławiem i dalej w najlepsze prowadzą tam zbrodnicze eksperymenty.
Pomysł absurdalny, ale nie bardziej niż założenia fabularne takich horrorów jak "Hostel" czy "Piła". Standardowy dźwigar do wieszania niewiary mógłby to wytrzymać, gdyby Kuczeriszka nie dociążał go dodatkowymi absurdami - dość wspomnieć, że ci cudaczni naziści pozyskują ofiary głównie za pomocą Tajemniczej Windy W Zrujnowanej Fabryce. Młodzi ludzie odwiedzający te ruiny ochoczo wsiadają do windy, żeby zobaczyć, dokąd prowadzi, i przepadają bez śladu w podziemiach.
I tu pojawia się druga elementarna zasada: żeby bać się razem z głównym bohaterem, widz musi go poznać. Zanim tryśnie pierwsza struga krwi w filmach takich jak "Hostel" czy "Cube", mamy najpierw prezentację bohaterów. Jedni nas rozdrażnią (tych scenarzysta zabije na początku), inni wzbudzą w nas sympatię (tym scenarzysta może łaskawie pozwolić dożyć finału, a niektórym nawet i napisów końcowych). Ale żeby się nimi przejmować, musimy coś o nich wiedzieć.
Tymczasem w "Porze mroku" już w pierwszych minutach jakiś młodzieniec, którego nie znamy nawet z imienia, znika z krzykiem w podziemiach. Widownia oczywiście wybucha śmiechem. Reżyser złamał tą sceną trzy zasady warsztatowego elementarza - dwie powyższe i trzecią, która zabrania straszenia widza nieprzygotowanego.
Niezależnie od zaprezentowania psychologicznego portretu bohaterów, widza trzeba przygotować do straszenia - muzyką, montażem, klimatem. Bo jeśli tak po prostu nagle wyskoczy skądś wampir czy nazista, to widz tego nie kupi. Najpierw trzeba go wprowadzić w specyficzny stan zaniepokojenia, który zwykle wywołuje pierwsze pół godziny horroru.
Bracia Coen nauczyli się tego, współpracując z Samem Raimim przy jego klasycznym horrorze "Evil Dead". Coenowie wprawdzie nie robili horrorów, ale niepokoić potrafią może nawet lepiej od samego Raimiego (gdyby Anton Chigurh, morderca z "To nie jest kraj dla starych ludzi", okazał się nagle nadprzyrodzonym demonem, widzowie by to zaakceptowali).
Tymczasem w "Porze mroku" początek filmu zmarnowano na jakiejś bezsensowne przebitki z Buenos Aires, które nic nie wnoszą do fabuły. Reżyserowi wydaje się, że przemyślane przygotowywanie widza można zastąpić migawkowymi obrazami zmasakrowanych ciał. Otóż nie można.
Piszę to w nadziei, że jakiś filmowiec to przeczyta, przejmie się i zrobi polski horror niebędący pośmiewiskiem. W tym gatunku dzieje się przecież na świecie tak dużo ciekawych rzeczy. Japończycy świetnymi "Klątwą", "Kręgiem" i "Dark Water" przypomnieli nam, jak skutecznie można straszyć klasycznymi motywami duchów i klątw, z których zachodni horror zdążył zrezygnować na rzecz filmów o psychopatycznych mordercach ("Piła" czy "Hostel"). Albo Brytyjczycy w niezłych "28 dniach" czy "Doomsday" -znakomicie rozwinęli motywy grozy postapokaliptycznej.
Czas, żeby i w Polsce porzucono wreszcie grozę niezamierzeniekomiczną.
Źródło: Gazeta Wyborcza
http://www.gazetawyborcza.pl/i/37/lup2.gif (http://www.gazetawyborcza.pl/51,75475,5145973.html?i=0) fot. Mateusz Skalski
Nie wiem, czy to coś mówi o tajnikach naszej narodowej mentalności, ale faktem jest, że nie wychodzą nam filmy grozy. Świeży przykład - "Pora mroku" Grzegorza Kuczeriszki. Straszyć może jedynie nieudolnością autorów
Na różnych przeglądach najgorszych polskich filmów do dziś królują horrory Marka Piestraka - "Wilczyca" i "Powrót wilczycy" - a z nowszych czasów przezabawny knot Jarosława Żamojdy "Rh+". Do tego niechlubnego grona dołącza teraz "Pora mroku".
Tak bardzo marzy mi się dobry polski horror (a nie trzeba do tego dużych pieniędzy, dowodem sukcesy filmów takich jak "Blair Witch Project"), że chciałbym naszym filmowcom przypomnieć warsztatowy elementarz gatunku. Są to sprawy oczywiste dla każdego, kto lubi horrory, ale jednak najwyraźniej obce wszystkim, którzy dotąd w Polsce próbowali je kręcić.
Po pierwsze i najważniejsze, w horrorze kluczowym elementem jest zawieszenie niewiary: żeby się przestraszyć, widz musi uwierzyć w nadprzyrodzone zjawiska budzące grozę. Polscy filmowcy zakładają, że jeśli widz uwierzył w duchy, to uwierzy już we wszystko - a jest akurat odwrotnie.
W filmach Wesa Cravena czy Eli Rotha wszystko jest logicznie zaplanowane jak w kryminałach Agathy Christie. Dlaczego? Bo właśnie skoro dźwigar do zawieszania niewiary już jest obciążony głównym pomysłem filmu, nie wolno na nim wieszać już niczego więcej - dźwigar wtedy pęknie i strach zostanie zastapiony przez śmiech.
Wyjściowym pomysłem Kuczeriszki jest działalność szalonych nazistowskich naukowców - karykaturalnie odrażających Niemców, którzy jakimś cudem przetrwali wojnę w szpitalu pod Wrocławiem i dalej w najlepsze prowadzą tam zbrodnicze eksperymenty.
Pomysł absurdalny, ale nie bardziej niż założenia fabularne takich horrorów jak "Hostel" czy "Piła". Standardowy dźwigar do wieszania niewiary mógłby to wytrzymać, gdyby Kuczeriszka nie dociążał go dodatkowymi absurdami - dość wspomnieć, że ci cudaczni naziści pozyskują ofiary głównie za pomocą Tajemniczej Windy W Zrujnowanej Fabryce. Młodzi ludzie odwiedzający te ruiny ochoczo wsiadają do windy, żeby zobaczyć, dokąd prowadzi, i przepadają bez śladu w podziemiach.
I tu pojawia się druga elementarna zasada: żeby bać się razem z głównym bohaterem, widz musi go poznać. Zanim tryśnie pierwsza struga krwi w filmach takich jak "Hostel" czy "Cube", mamy najpierw prezentację bohaterów. Jedni nas rozdrażnią (tych scenarzysta zabije na początku), inni wzbudzą w nas sympatię (tym scenarzysta może łaskawie pozwolić dożyć finału, a niektórym nawet i napisów końcowych). Ale żeby się nimi przejmować, musimy coś o nich wiedzieć.
Tymczasem w "Porze mroku" już w pierwszych minutach jakiś młodzieniec, którego nie znamy nawet z imienia, znika z krzykiem w podziemiach. Widownia oczywiście wybucha śmiechem. Reżyser złamał tą sceną trzy zasady warsztatowego elementarza - dwie powyższe i trzecią, która zabrania straszenia widza nieprzygotowanego.
Niezależnie od zaprezentowania psychologicznego portretu bohaterów, widza trzeba przygotować do straszenia - muzyką, montażem, klimatem. Bo jeśli tak po prostu nagle wyskoczy skądś wampir czy nazista, to widz tego nie kupi. Najpierw trzeba go wprowadzić w specyficzny stan zaniepokojenia, który zwykle wywołuje pierwsze pół godziny horroru.
Bracia Coen nauczyli się tego, współpracując z Samem Raimim przy jego klasycznym horrorze "Evil Dead". Coenowie wprawdzie nie robili horrorów, ale niepokoić potrafią może nawet lepiej od samego Raimiego (gdyby Anton Chigurh, morderca z "To nie jest kraj dla starych ludzi", okazał się nagle nadprzyrodzonym demonem, widzowie by to zaakceptowali).
Tymczasem w "Porze mroku" początek filmu zmarnowano na jakiejś bezsensowne przebitki z Buenos Aires, które nic nie wnoszą do fabuły. Reżyserowi wydaje się, że przemyślane przygotowywanie widza można zastąpić migawkowymi obrazami zmasakrowanych ciał. Otóż nie można.
Piszę to w nadziei, że jakiś filmowiec to przeczyta, przejmie się i zrobi polski horror niebędący pośmiewiskiem. W tym gatunku dzieje się przecież na świecie tak dużo ciekawych rzeczy. Japończycy świetnymi "Klątwą", "Kręgiem" i "Dark Water" przypomnieli nam, jak skutecznie można straszyć klasycznymi motywami duchów i klątw, z których zachodni horror zdążył zrezygnować na rzecz filmów o psychopatycznych mordercach ("Piła" czy "Hostel"). Albo Brytyjczycy w niezłych "28 dniach" czy "Doomsday" -znakomicie rozwinęli motywy grozy postapokaliptycznej.
Czas, żeby i w Polsce porzucono wreszcie grozę niezamierzeniekomiczną.
Źródło: Gazeta Wyborcza