Konrad9991
05-03-08, 18:40
Prędkość jest jak orgazm
http://g.o2.pl/file_cms/2008/03/04/171632.jpg
W Łodzi zalegalizowano nocne wyścigi samochodów. Szaleńcy za kółkiem będą teraz mogli bezkarnie ścigać się po opustoszałych ulicach miasta, budząc mieszkańców i ryzykując życie własne oraz spóźnionych nocnych przechodniów.
Gry i zabawy ludu polskiego
Kiedy byłem dzieckiem, do kanonu chłopięcych zabaw należało strzelanie z klucza lub ze śruby, puszczanie fajerwerków wykonanych z kapsli od butelek po wódce, a także produkcja palnej substancji składającej się z saletry i cukru. Teoretycznie było to groźne - jeśli kogoś poniosła fantazja, istniało niebezpieczeństwo poparzenia się lub utraty palca. Czasem koledzy dawali się ponieść fantazji i produkowali drewniane granaty wypełnione wspomnianą saletrą z cukrem, które rozrywały się jak prawdziwe i raziły ostrymi drzazgami tych, którzy stali zbyt blisko. Niektórzy produkowali samopały strzelające czubkami od wojskowej amunicji odnajdowanymi na strzelnicach. To było naprawdę groźne, bo rzeczywiście można było kogoś zabić, ale na szczęście bohaterów, którzy robili takie cuda, było niewielu. Młodzież męska narażała częściej własne życie i zdrowie niż zdrowie i życie innych. Mam wrażenie, że dziś jest trochę inaczej. Nie tak dawno, kilka tygodni temu, obiegła prasę wieść, że grupka chłopców ułożyła na torach piramidę z kamieni. Chcieli zobaczyć, co się stanie, gdy uderzy w nią pociąg. Całe szczęście zostali zauważeni przez strażników kolejowych, a kamienna konstrukcja została w porę rozebrana.
Dla ludzi podróżujących autostradami - co prawda takich dróg jest w Polsce niewiele, ale te, które są, budzą żywe zainteresowanie - widok młodzieńców stojących na mostkach przewieszonych nad drogą, która mkną samochody, nie wróży nic dobrego. Stojący na mostku młodzian najczęściej ma zamiar celnie splunąć i trafić w przednią szybę, rzadziej - choć to wcale nie uspokaja kierowców - chce trafić w tę szybę kamieniem. Często nawet zakłada się z innymi chłopcami stojącymi obok, czy uda mu się ta sztuka, czy nie.
- Kiedyś zdarzyło mi się coś takiego na trasie A2 - opowiada Andrzej. - Całe szczęście nie trafili w szybę, kamień upadł przed samochodem. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby trafili. Zanim przyjechałaby policja, już by ich nie było. Tacy ludzie nie mają żadnej wyobraźni ani nie czują nawet najmniejszej odpowiedzialności. To gnojki.
Nie lepiej sytuacja wygląda przy torach. Prócz wielkiej pokusy zbudowania piramidy w poprzek torowiska młodzież szkolna lubi też ustawiać się przy trasie pociągów dalekobieżnych i trafiać kamieniami w szyby pędzącego ekspresu. Jest to zajęcie niezwykle emocjonujące i podnoszące poziom adrenaliny.
- Kiedyś jechałem z ojcem takim pociągiem - mówi Marcin. - I nagle przez okno wpadł do przedziału tak zwany kwiat od hydrantu, czyli ciężki zawór spotykany na przykład przy urządzeniach przeciwpożarowych w zakładach pracy. Przestraszyłem się nie na żarty.
Szlachetne rozrywki
Nikogo dziś nie dziwią ludzie skaczący na bungee - jest to rozrywka bezpieczna i dostępna dla każdego zdrowego człowieka, który musi tylko wyrazić chęć podczepienia się do sprężynującej liny. Niewiele osób pamięta już, jak wyglądały dramatyczne wypadki z udziałem osób skaczących na bungee. Podobnie jest z tymi, którzy wspinają się na obiekty architektoniczne. Rozrywka ta jest lansowana i przedstawiana przez media jako sport i wyzwanie dla prawdziwych twardzieli oraz ludzi, którzy się kulom nie kłaniają. Mało kto pamięta chłopaka, który zleciał z ogromnego komina nieopodal Iłży i wypruł sobie wnętrzności, zawadzając o metalową balustradkę doczepioną do tegoż komina.
- To jest tak z tymi linami i wspinaniem się - mówi Zbyszek. - Jak dawniej było z przelatywaniem pierwszymi samolotami nad kanałem La Manche. To ten sam rodzaj adrenaliny i ta sama przyjemność. Każdy zdrowy człowiek, mężczyzna czy kobieta, potrzebuje adrenaliny, każdy chce być bohaterem. Takie sporty to zapewniają. Można być jednego dnia urzędnikiem na poczcie, który niczym się nie wyróżnia, a następnego stać się kimś wyjątkowym, bo udało się skoczyć na linie z wiaduktu. To piękne.
Być może. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że skoki na bungee mają tyle wspólnego z przelatywaniem nad kanałem La Manche co epidiaskop z episkopatem. Wyzwanie, od którego zależały losy wielu firm transportowych i rozwój techniki, jest nieporównywalne z kaprysami kilku szczeniaków, którzy muszą się popisać przed dziewczynami lub przed kolegami. To dziecinada.
- Nigdy bym nie zaryzykowała w podobny sposób - mówi Monika. - Choćby dawali mi nie wiem jakie gwarancje. Uważam, że narażanie się i usprawiedliwianie tego jakimiś wydumanymi potrzebami to idiotyzm, wywoływanie wilka z lasu, kuszenie losu. Jeśli ktoś chce poczuć ryzyko, niech wyruszy w podróż albo zajmie się sportem wyczynowym, niech zrobić coś pożytecznego, co będzie miało sens, a nie skacze z mostu na sznurku.
Prędkość jest jak orgazm
Tak beznadziejnie trywialną tezę postawił niegdyś najbardziej nielubiany przeze mnie pisarz - Milan Kundera. Ludzie organizujący wyścigi uliczne myślą zapewne podobnie, bo w przeciwnym razie by tego nie robili. Nie wiadomo za to, jaki był cel organizowanych w ubiegłym roku na Śląsku eskapad polegających na tym, że całkiem goły młody mężczyzna zakładał sobie na nogi wysokie podkute gwoździami buty i jechał na nich doczepiony linką do motocykla prowadzonego przez kolegę. Przypuszczam, że chodziło o efekt, jaki wywoływały gwoździe trące o asfalt - za takim wyczynowcem ciągnęły się snopy iskier i z pewnością wyglądało to bardzo malowniczo. Szkoda, że nikt nie sfotografował takiego golasa wśród iskier uczepionego motocykla, może wygrałby Word Press Foto?
Szczytem zidiocenia była zabawa, którą kilka lat temu zafundowali sobie młodzi mieszkańcy podwarszawskich miejscowości położonych nad Wisłą. Otóż wzdłuż rzeki co kilka kilometrów znajdują się betonowe zjazdy szerokie na tyle, żeby wjechał tam samochód. Do niektórych z nich prowadzą szutrowe drogi. Zabawa polegała na tym, by rozpędzić się na takiej drodze i zatrzymać tuż przez końcem zjazdu, dokładnie przed wodą. Niektórym się to udawało, ale nie wszystkim. Śmierć na skutek tej zabawy poniosły cztery osoby.
- Ja znam znacznie lepszy sposób na podniesienie sobie poziomu adrenaliny - mówi Jarek. - Spróbujcie pojeździć przez cały dzień po Warszawie bez biletu, wymykając się kanarom. Oczywiście trzeba wiedzieć, na których liniach kanarów jest najwięcej, bo to żadna sztuka jechać autobusem z pl. Wilsona do Huty i nie mieć biletu. Najlepiej jeździ się 175 z Dworca Centralnego na Okęcie, 127 też jest niezły. Zabawa niewiele kosztuje i jest bardzo fajna. Oczywiście mogą człowieka złapać, ale co z tego, zawsze można z nimi negocjować albo wziąć mandat - potem rodzice zapłacą.
Jarek, jest uczniem, ma 14 lat.
Rafał Majchrzak
http://g.o2.pl/file_cms/2008/03/04/171632.jpg
W Łodzi zalegalizowano nocne wyścigi samochodów. Szaleńcy za kółkiem będą teraz mogli bezkarnie ścigać się po opustoszałych ulicach miasta, budząc mieszkańców i ryzykując życie własne oraz spóźnionych nocnych przechodniów.
Gry i zabawy ludu polskiego
Kiedy byłem dzieckiem, do kanonu chłopięcych zabaw należało strzelanie z klucza lub ze śruby, puszczanie fajerwerków wykonanych z kapsli od butelek po wódce, a także produkcja palnej substancji składającej się z saletry i cukru. Teoretycznie było to groźne - jeśli kogoś poniosła fantazja, istniało niebezpieczeństwo poparzenia się lub utraty palca. Czasem koledzy dawali się ponieść fantazji i produkowali drewniane granaty wypełnione wspomnianą saletrą z cukrem, które rozrywały się jak prawdziwe i raziły ostrymi drzazgami tych, którzy stali zbyt blisko. Niektórzy produkowali samopały strzelające czubkami od wojskowej amunicji odnajdowanymi na strzelnicach. To było naprawdę groźne, bo rzeczywiście można było kogoś zabić, ale na szczęście bohaterów, którzy robili takie cuda, było niewielu. Młodzież męska narażała częściej własne życie i zdrowie niż zdrowie i życie innych. Mam wrażenie, że dziś jest trochę inaczej. Nie tak dawno, kilka tygodni temu, obiegła prasę wieść, że grupka chłopców ułożyła na torach piramidę z kamieni. Chcieli zobaczyć, co się stanie, gdy uderzy w nią pociąg. Całe szczęście zostali zauważeni przez strażników kolejowych, a kamienna konstrukcja została w porę rozebrana.
Dla ludzi podróżujących autostradami - co prawda takich dróg jest w Polsce niewiele, ale te, które są, budzą żywe zainteresowanie - widok młodzieńców stojących na mostkach przewieszonych nad drogą, która mkną samochody, nie wróży nic dobrego. Stojący na mostku młodzian najczęściej ma zamiar celnie splunąć i trafić w przednią szybę, rzadziej - choć to wcale nie uspokaja kierowców - chce trafić w tę szybę kamieniem. Często nawet zakłada się z innymi chłopcami stojącymi obok, czy uda mu się ta sztuka, czy nie.
- Kiedyś zdarzyło mi się coś takiego na trasie A2 - opowiada Andrzej. - Całe szczęście nie trafili w szybę, kamień upadł przed samochodem. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby trafili. Zanim przyjechałaby policja, już by ich nie było. Tacy ludzie nie mają żadnej wyobraźni ani nie czują nawet najmniejszej odpowiedzialności. To gnojki.
Nie lepiej sytuacja wygląda przy torach. Prócz wielkiej pokusy zbudowania piramidy w poprzek torowiska młodzież szkolna lubi też ustawiać się przy trasie pociągów dalekobieżnych i trafiać kamieniami w szyby pędzącego ekspresu. Jest to zajęcie niezwykle emocjonujące i podnoszące poziom adrenaliny.
- Kiedyś jechałem z ojcem takim pociągiem - mówi Marcin. - I nagle przez okno wpadł do przedziału tak zwany kwiat od hydrantu, czyli ciężki zawór spotykany na przykład przy urządzeniach przeciwpożarowych w zakładach pracy. Przestraszyłem się nie na żarty.
Szlachetne rozrywki
Nikogo dziś nie dziwią ludzie skaczący na bungee - jest to rozrywka bezpieczna i dostępna dla każdego zdrowego człowieka, który musi tylko wyrazić chęć podczepienia się do sprężynującej liny. Niewiele osób pamięta już, jak wyglądały dramatyczne wypadki z udziałem osób skaczących na bungee. Podobnie jest z tymi, którzy wspinają się na obiekty architektoniczne. Rozrywka ta jest lansowana i przedstawiana przez media jako sport i wyzwanie dla prawdziwych twardzieli oraz ludzi, którzy się kulom nie kłaniają. Mało kto pamięta chłopaka, który zleciał z ogromnego komina nieopodal Iłży i wypruł sobie wnętrzności, zawadzając o metalową balustradkę doczepioną do tegoż komina.
- To jest tak z tymi linami i wspinaniem się - mówi Zbyszek. - Jak dawniej było z przelatywaniem pierwszymi samolotami nad kanałem La Manche. To ten sam rodzaj adrenaliny i ta sama przyjemność. Każdy zdrowy człowiek, mężczyzna czy kobieta, potrzebuje adrenaliny, każdy chce być bohaterem. Takie sporty to zapewniają. Można być jednego dnia urzędnikiem na poczcie, który niczym się nie wyróżnia, a następnego stać się kimś wyjątkowym, bo udało się skoczyć na linie z wiaduktu. To piękne.
Być może. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że skoki na bungee mają tyle wspólnego z przelatywaniem nad kanałem La Manche co epidiaskop z episkopatem. Wyzwanie, od którego zależały losy wielu firm transportowych i rozwój techniki, jest nieporównywalne z kaprysami kilku szczeniaków, którzy muszą się popisać przed dziewczynami lub przed kolegami. To dziecinada.
- Nigdy bym nie zaryzykowała w podobny sposób - mówi Monika. - Choćby dawali mi nie wiem jakie gwarancje. Uważam, że narażanie się i usprawiedliwianie tego jakimiś wydumanymi potrzebami to idiotyzm, wywoływanie wilka z lasu, kuszenie losu. Jeśli ktoś chce poczuć ryzyko, niech wyruszy w podróż albo zajmie się sportem wyczynowym, niech zrobić coś pożytecznego, co będzie miało sens, a nie skacze z mostu na sznurku.
Prędkość jest jak orgazm
Tak beznadziejnie trywialną tezę postawił niegdyś najbardziej nielubiany przeze mnie pisarz - Milan Kundera. Ludzie organizujący wyścigi uliczne myślą zapewne podobnie, bo w przeciwnym razie by tego nie robili. Nie wiadomo za to, jaki był cel organizowanych w ubiegłym roku na Śląsku eskapad polegających na tym, że całkiem goły młody mężczyzna zakładał sobie na nogi wysokie podkute gwoździami buty i jechał na nich doczepiony linką do motocykla prowadzonego przez kolegę. Przypuszczam, że chodziło o efekt, jaki wywoływały gwoździe trące o asfalt - za takim wyczynowcem ciągnęły się snopy iskier i z pewnością wyglądało to bardzo malowniczo. Szkoda, że nikt nie sfotografował takiego golasa wśród iskier uczepionego motocykla, może wygrałby Word Press Foto?
Szczytem zidiocenia była zabawa, którą kilka lat temu zafundowali sobie młodzi mieszkańcy podwarszawskich miejscowości położonych nad Wisłą. Otóż wzdłuż rzeki co kilka kilometrów znajdują się betonowe zjazdy szerokie na tyle, żeby wjechał tam samochód. Do niektórych z nich prowadzą szutrowe drogi. Zabawa polegała na tym, by rozpędzić się na takiej drodze i zatrzymać tuż przez końcem zjazdu, dokładnie przed wodą. Niektórym się to udawało, ale nie wszystkim. Śmierć na skutek tej zabawy poniosły cztery osoby.
- Ja znam znacznie lepszy sposób na podniesienie sobie poziomu adrenaliny - mówi Jarek. - Spróbujcie pojeździć przez cały dzień po Warszawie bez biletu, wymykając się kanarom. Oczywiście trzeba wiedzieć, na których liniach kanarów jest najwięcej, bo to żadna sztuka jechać autobusem z pl. Wilsona do Huty i nie mieć biletu. Najlepiej jeździ się 175 z Dworca Centralnego na Okęcie, 127 też jest niezły. Zabawa niewiele kosztuje i jest bardzo fajna. Oczywiście mogą człowieka złapać, ale co z tego, zawsze można z nimi negocjować albo wziąć mandat - potem rodzice zapłacą.
Jarek, jest uczniem, ma 14 lat.
Rafał Majchrzak